sobota, 15 maja 2010

O mnie

Nazywam się Kasia Boni i podróżuję od 28 lat, choć nałogowo dopiero od 6. Zaczynało się niewinnie od wakacji w Murzasichlu, zbierania jagód w lesie i zjadania ich z cukrem i mlekiem. Potem powoli przychodziły nowe miejsca - Bory Tucholskie i grzybobrania, harcerskie obozy z paprykarzem i kanapkami z żółtym serem posmarowanym dżemem wieloowocowym, wyjazdy na leśną działkę i zapach pieczonych w ognisku ziemniaków. Dalsze wyprawy zaczęły się do Amsterdamu i zachwytu ludźmi mieszkającymi na barkach. Choć równie silnie zachwycałam się kolekcją kucyków My Little Pony, które dziecko sąsiadów pożyczyło nam na 10 dni naszego pobytu w Holandii. Potem był Paryż i niezliczona ilość muzeów, Szwajcaria z perfekcyjnym fondue. W międzyczasie w Murzasichlu pojawiła się góralka, która razem z mężem Włochem otworzyła pizzerię - wtedy na pewno najlepszą w Polsce. A ja zaczęłam trochę częściej jeździć do Włoch - Toskania (prosty makaron z kurżetkami), Rzym (smażone kwiaty cukinii nadziewane anochois), Wenecja (pierwsza mrożona kawa).
A potem było już z górki. Licealne wypady do Pragi, wspólne kajaki, warsztaty nad polskimi jeziorami, Nowy Jork, który na chwilę mnie zaczarował. Wyciągnięcie namiotu i zwiedzanie Hiszpanii, Portugalii. Izrael z pierwszą pustynią i miętową herbatą. Przyszły studia i cudowne trzymiesięczne wakacje. Zaplanowałam wyjazd do Nowego Jorku, ale zbyt niezdarnie i nieporadnie, żeby mógł się naprawdę wydarzyć. I nagle okazało się, że mam te moje cudowne wakacje, ale nie mam co robić. Tak wylądowałam w Azji. Od tego czasu, co roku jeżdżę do Azji na półtora, dwa, trzy miesiące – na ile się da. Od niedawna nie muszę przejmować się rytmem studencko-wakacyjnym. Skończyłam dwa kierunki, pożegnałam się ze studiami, zostawiłam pracę. I mogę jeździć kiedy chcę. Mam zamiar to wykorzystać.

niedziela, 9 maja 2010

sobota, 27 marca 2010

Bristol


Bristol. Mosty pomosty.
Woda przynosiła różne historie, np. rozbitka Selkrika uratowanego po czterech latach spędzonych samotnie na wyspie. W The Llandoger Trow, najstarszej bristolskiej tawernie, uważnie wysłuchał jej Daniel Defoe, autor "Robinsona Crusoe". Żeby dostać się do tawerny, trzeba odbić trochę w głąb King Street. Za progiem czeka świat piratów, gdzie ciężkie od piwa kufle stukają w dębowy blat, a przez grube szkło wpada rozrzedzone światło.
Tekst ukazał się w Turystyce - sobotnim dodatku do Gazety Wyborczej.

sobota, 27 lutego 2010

Syczuan

Znane chińskie przysłowie mówi: "Nie jedź do Syczuanu, jeśli jesteś młody"... A mądrzy ludzie mówią, że 15-godzinna droga z Xi'anu, dawnej stolicy Chin, do Chengdu, stolicy regionu Syczuan, jest najpiękniejsza na ziemi. I rzeczywiście. Kiedy tylko nie przejeżdżamy przez tunele (75 proc. trasy), oglądamy wzgórza wyglądające jak cielska śpiących smoków porośnięte dżunglą. A gdy zaczyna zachodzić słońce, opromieniając świat czerwienią, krajobraz staje się jeszcze mniej realny niczym najbardziej kiczowata pocztówka.

Tekst ukazał się w Turystyce.

sobota, 9 stycznia 2010

Londyn

Spacery po Londynie - Mayfair. Dyskretny urok arystokracji
W Mayfair można znaleźć trochę natury w zgrabnych opakowaniach. Są tu piękne ogrody i parki ujęte w ramy kutych ogrodzeń, ale, po angielsku, zostawione sobie. Są oblegane przez biznesmenów, którzy w słoneczne dni (których w Londynie wbrew pozorom wcale nie brakuje, w Madrycie roczne opady są znacznie większe) w porze lunchu wychodzą z biur, kupują podgrzewane kanapki z sałatą, serem i suszonymi pomidorami, i z kubkiem mlecznej kawy siadają na trawie na przyspieszony piknik. Pamiętam, że kiedy byłam pierwszy raz w Londynie, największe wrażenie zrobił na mnie widok panów w garniturach i pań w garsonkach siedzących na trawie, czytających gazety, pogryzających kanapki i zdobywających słoneczne piegi.
Tekst ukazał się w Turystyce.

sobota, 25 lipca 2009

Walia

Gdy wychodzę z dworca prosto na rozgrzaną popołudniowym słońcem ulicę, słyszę charakterystyczny skrzek: iik, iik. Choć jeszcze nie widzę i nie czuję morza, mewy już zdradzają jego obecność.
Do niedawna nadbrzeże w walijskiej stolicy Cardiff nie nadawało się na spacery. Liczne doki wcinały się głęboko w miasto, torami przejeżdżały w ciągu minuty dwa pociągi pełne węgla, powietrze było duszne od dymu i pyłu.
Tekst o Walii w Turystyce.

piątek, 1 maja 2009

Hong Kong

W 1842 roku brytyjscy dżentelmeni objęli w posiadanie wyspę ze skalistym brzegiem, zieloną górą w centrum i kilkoma drewnianymi domkami rybaków. 
Nic nie zapowiadało, że miejsce  to stanie się finansowo-handlową stolicą świata z wieżowcami kłującymi niebo, japońskimi turystami zadzierającymi głowy i aparaty do góry i mekką zakupoholików. 
Tekst ukazał się we Voyage.

piątek, 13 marca 2009

Reszel

Reszel. Polskie cittaslow.
Mieliśmy plan idealny - uciec jak najdalej z Warszawy, w której nawet w weekend nie udaje nam się uciec od pracy. Przestać pędzić, pobyć ze sobą, a nie z komputerem i pocztą elektroniczną. Zobaczyć coś nowego, zwolnić, odpocząć, nic nie robić, nabrać sił na bieg przez życie. I wtedy usłyszałam o Reszlu, należącym do stowarzyszenia cittaslow. Włosko-angielska zbitka słów, znaczy powolne miasto, czyli wolne od stresu, chaosu i bezładnej bieganiny, którego mieszkańcy nie śpieszą się i delektują życiem.
Tekst ukazał się w Turystyce.

sobota, 31 stycznia 2009

Malezja

Malezja.Wakacje na wyspach
Zatrzymujemy się kilka metrów od brzegu i z łódki skaczemy do wody. Odgłosy z zewnątrz stają się odległe i przytłumione, naokoło niebiesko. I nagle ryby - tysiące, mniejszych, większych i jeszcze większych, czerwonych, szarych, żółtych, brązowych, zielonych, nakrapianych, paskowanych... Pomiędzy parzydełkami ukwiału schował się mały Nemo, a trochę większy błazenek pływa dokoła niego, jakby go pilnował. W piasku zagrzebują się płaszczki. Na zapiaszczonym kamieniu coś zaczyna się ruszać - to ośmiornica, która przed chwilą idealnie zlewała się z podłożem. W dole wielkie kolorowe talerze rafy koralowej, przy nich muszle wielkości piłki plażowej - gdy ktoś nad nimi przepływa, zamykają się, wystawiając na zewnątrz niebieskie albo fioletowe fragmenty. 
(Turystyka)

sobota, 20 grudnia 2008

Rzym

Rzym w sześciu odsłonach.
Gdy w sercu Forum Romanum rozwarła się buchająca ogniem czeluść, bohaterski Marek Kurcjusz poświęcił życie, skacząc w otchłań i czyniąc miasto nieśmiertelnym. Właśnie dlatego niektórzy uważają, że Rzym jest Wiecznym Miastem. Ja jednak myślę, że Rzym jest wieczny, bo czerpie sam z siebie. Kolejne jego warstwy budowane były na fundamentach poprzednich. Rzym stał się mistrzem przemieniania starego w nowe, wykorzystywania, adaptowania. Dlatego jest samowystarczalny - wieczny.
Tekst z sobotniego dodatku Gazety Wyborczej Turystka.